piątek, 1 kwietnia 2016

teatr: Pełnia Szczęścia




Hej kochani!

Wybaczcie mi za tą nieprzyzwoicie długą, dwutygodniową przerwę w postach. Miałam ogromne plany co do przerwy świątecznej - i to nie tylko blogowe. Założyłam sobie też, że będę się długo i namiętnie uczyć matematyki, fizyki, że napiszę pracę na polski. Ale kiedy przyszło "wolne" okazało się, że z moich planów nici. Całe dnie zleciały mi na gotowaniu, pieczeniu, sprzątaniu, a później jedzeniu, szykowaniu i znowu sprzątaniu. Dopiero we wtorek udało mi się konstruktywnie spożytkować czas.

Dopiero co wróciłam do szkoły, a już, po tych trzech dniach z ogromnym nakładem pracy, nauki mam dosyć. Tylko czekam na to wolne, na te najdłuższe wakacje. Matura wywiera ogromną presję nawet na kimś takim jak ja - udaję, że się nią nie przejmuję, z drugiej strony nie potrafię przez nią normalnie się zrelaksować czy wyspać. Jednak nie myślcie, że jestem taka przykładna i całe dnie spędzam na nauce. Dzisiaj, pierwszy raz od dawna, wybrałam się do teatru na scenę w Sopocie. Nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałam sztukę, które by tak mną ruszyła.

Spektakl "Pełnia Szczęścia" został sklasyfikowany jako komedia. Kiedy usłyszałam tytuł, pomyślałam, że to pewnie jakieś kolejne lekkie przedstawienie z humorkiem, z którego wszyscy wyjdą szczęśliwi, z uśmiechami na twarzach i dobrym humorem. No cóż, bardziej się pomylić nie dało. Sztuka porusza wiele współczesnych i dość poważnych problemów.


Na stronie Teatru Wybrzeże znajdziemy taki opis:
Ellen i Tom są szczęśliwym, bezdzietnym małżeństwem z dwudziestoletnim stażem. Bezdzietnym z wyboru. Ich życie naznaczają racjonalne wybory, błyskotliwe kariery i przekonanie o własnym szczęściu. Pewnego wieczoru składa im wizytę Mara, najlepsza przyjaciółka Ellen, podobnie jak oni, kobieta sukcesu. Ta wizyta, a w zasadzie pewna nie do końca moralna propozycja, z jaką przychodzi Mara wywróci uporządkowane życie całej trójki i skonfrontuje ich z emocjami, których dotąd skutecznie unikali.

Tą niemoralną propozycją jest prośba skierowana do małżeństwa, w zasadzie głównie do Toma, by został ojcem dziecka Mary. 38-letnia kobieta obudziła się w ostatnim momencie i zdecydowała, że chce mieć dziecko ale... bez faceta. Szuka ojca, który byłby dobry, inteligentny, godny zaufania, męski, dość przystojny... i koniecznie ma spłodzić córkę. Tak, Mara doskonale wie czego chce w życiu i jak ma to osiągnąć. W końcu nie bez powodu jest spełnioną businesswoman.

Mara była pewna swego. Myślała, że osiągnęła wszystko co sobie zaplanowała. Przecież każdy swój ruch dokładnie przemyślała. Zgubiła ją jednak zbyt wielka pewność siebie. Cały czas uważała Ellen za gorszą. To Mara robiła rzeczy, których jej przyjaciółka się bała. To ona zdecydowała się na dziecko kiedy jeszcze mogła, a nie Ellen. Ile razy my czujemy się od kogoś lepsi? pewniejsi?

Gdzieś w tych swoich przekrętach, kłamstwach, intrygach Mara zagubiła się. O czymś zapomniała, czegoś nie przewidziała. Straciły ją również poczucie winy, którą chciała przelać na wszystkich innych oraz emocje, uczucia, a te powinny być schowane, odizolowane od nas, kiedy mówimy o takich lepkich sprawach. Jednak, jak wiadomo, nie zawsze się tak da. Jak można spojrzeć w oczy przyjaciółce, którą zna się od zawsze, a jednocześnie podkradać jej męża?


Sztuka pokazuje też pewną bardzo ciekawą zasadę, że trzeba umieć trzymać język za zębami. "Póki kłamie, nie stracę go" - mówi Ellen o Tomie. Kobieta woli żyć w swoim śnie nawet, jeśli jest to kłamstwo. Ale dopóki jest szczęśliwa w tym świecie jest jej lepiej, niż gdyby miała skonfrontować się z okrutną prawdą. I my często tak mamy w naszych z pozoru prawdziwych życiach.

Tom z początku wydaje się być rozdartym mężczyzną, z jednej strony chcącym pomóc przyjaciółce, z drugiej dbać o żonę i nie zrobić nic wbrew jej życzeniu. Po jakimś czasie poznajemy go z zupełnie innej strony, jakiej sama Ellen prawdopodobnie nie zna - okrutny i bezwzględny intrygant wyznający zasadę "po trupach do celu". Na koniec jednak, po dość szybkim zwrocie akcji, odebrałam go znów jako kochającego, troskliwego męża, lecz tym razem silnego, zaradnego i w żadnym wypadku zagubionego. A ile my mamy różnych obliczy? Przed kim jaką maskę zakładamy?


Jak widzicie na zdjęciach nie tylko fabuła, ale również scenografia była niesamowita. Wszystko działo się na scenie - aktorzy nie schodzili z niej nawet po to by się przebrać. Kiedy na scenie miała zostać ich dwójka, trzeci tak naprawdę siedział na jednym z foteli pod lustrami. Tworzyło to dość ciekawy klimat - miało się wrażenie, że wszystko dzieje się za plecami osoby wyłączonej ze sceny wśród wydarzeń owianych intrygą.

Na spektaklu byłyśmy z mamą w Sopocie, nie mogłam więc nie namówić jej na krótki spacer i gorącą czekoladę. Cóż, w tamtym momencie wydawało się to najlepszym pomysłem na świecie, teraz jednak wiem, że zapłacę za to nieodrobioną pracą domową z matmy i kolejną niewyspaną nocą. Jednak sama dzisiaj dostałam piękną lekcję w teatrze, że za błędy się płaci, nawet za te najmniejsze...

Juliet

zdjęcia zostały pobrane z oficjalnej galerii Teatru Wybrzeże



3 komentarze:

  1. Bardzo fajny blog
    Zapraszam do mnie! http://jullla21.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Przyznam, że nie przepadam za teatrem, więc spektakl raczej nie jest dla mnie ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Uświadomiłaś mi, że dawno nie byłam w teatrze... Uwielbiam oglądać spektakle, więc może wybiorę się na ten:)
    Karolina

    OdpowiedzUsuń